Archive for June, 2000

Grass spotkał się z werblistami

Wednesday, June 28th, 2000

Po przejściu ulicami Wrzeszcza bębniarze doszli do budynku przy ul. Lelewela 13, gdzie 73 lata temu Grass się urodził. Tu odsłonięto tabliczkę z cytatem z ,Blaszanego bębenka”.

Na tabliczce można przeczytać: ,Ulica Labesa to były kocie łby. Na ubitym piachu podwórza mnożyły się króliki i trzepano dywany. Poddasze (…) ofiarowywało widok, perspektywę i owo piękne, lecz złudne uczucie wolności, którego szukają ci wszyscy, co wspinają się na wieże, które z mieszkańców mansard czyni marzycieli”.

Jest to pierwsza z 28 tablic, na których zostaną umieszczone w wielu punktach Gdańska cytaty z twórczości gdańskich pisarzy – Guntera Grassa, Stefana Chwina, Pawła Huelle i Bolesława Faca.

Po odsłonięciu tablicy pisarz dołączył do werblistów i zaczął razem z nimi grać na bębenku. Noblista odwiedził też swoje dawne mieszkanie, gdzie rozmawiał z mieszkającą tam obecnie panią Jurczak. – Jestem tak wzruszona, że boli mnie serce – powiedziała właścicielka mieszkania.

Zaszczycony był również sam noblista, którego poczęstowano kawą i ciastem. Grass podarował właścicielce egzemplarz ,Blaszanego bębenka”.

- W tym miejscu proszę prezydenta Gdańska o to aby, zanim zaczniemy rozwijać dalsze inwestycje w mieście, to może by pan zainteresował się tym, by wybudować tutaj toalety. Jeśli o mnie chodzi to można je nawet nazwać moimi imieniem – powiedział Grass.
W kamienicy przy ul. Lelewela 13 do dzisiaj, tak jak za czasów młodości pisarza, lokatorzy mają bowiem wspólną toaletę między piętrami.

Wcześniej Gunter Grass spotkał się ze studentami Uniwersytetu Gdańsku. Noblista czytał fragmenty swojej ostatniej książki ,Moje stulecie” i podpisywał swoje dzieła. W wersji polskiej cytaty czytał aktor Jerzy Kiszkis.

Grass, zapytany przez jednego z uczestników spotkania o swoją filozofię życiową, powiedział: – Zadowalam się zapasem soczewicy, tabaki i boczku. Jako ojciec ośmiorga dzieci i dziadek trzynaściorga pasuje mi też rola patriarchy. Od roku ludzie wołają na mnie ,noblista”. Mnie to jednak nie zmieniło.

Autor artykułu: Katarzyna Żelazek Jarosław Popek

Pomorskie szpitale toną w długach

Tuesday, June 27th, 2000

Kilkanaście pomorskich szpitali, przede wszystkim dużych, z oddziałami o różnych specjalnościach, straciło w połowie tego roku płynność finasową. Już w pierwszym kwartale 2000 roku zobowiązania jednostek podległych Marszałkowi Województwa Pomorskiego sięgnęły kwoty 87 mln 467 tys. zł. Łączne straty przekroczyły 13 mln zł.

- Lada dzień przestanę kupować rękawiczki, a chirurdzy będą musieli myć ręce przed operacją szarym mydłem – mówi Bogdan Borucki, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Gdańsku.
Wszystkiemu winna jest Pomorska Kasa Chorych, która w tym roku ponownie o 30 proc. okroiła budżety szpitali.

- W ubiegłym roku kasa płaciła za leczenie pacjenta na oddziale chorób płuc 2200 zł, w tym roku płaci 1200 zł – wylicza Wieław Nowobilski, dyrektor Szpitala Miejskiego w Gdyni.
Zdaniem szefów pomorskich szpitali najbardziej niedoszacowane są oddziały zabiegowe. Stawkę za operację obniżono z 2 500 zł do 1800 zł.. — To tak jakbym chciał kupić za 30 gr bułkę, której produkcja kosztuje 1 zł – mówi .

- W tej sytuacji myślimy o wycofaniu sie z drogich procedur, takich jak artroskopia czy laparoskopia – mówią dyrektorzy.

Za mało pieniędzy mają szpitale, nie ma ich też kasa chorych.

- Tymczasem wystarczyłoby podniesienie składki o jeden procent, by uchronić szpitale przed bankructwem i dać pracownikom podwyżki – mówi Jerzy Karpiński. Przyznaje to po roku nawet Anna Knysok, pełnomocnki rządu ds. wprowadzenia powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego. Z raportu pani pełnomocnik wynika, że skladka powinna wzrosnąć do 8,74- 8,95 proc. Nie zgadza sie na to Ministerstwo Finansów, a także Unia Wolności. Zapewne jakaś inna opcja polityczna zdobędzie takim krokiem wdzieczność wyborców.

Autor artykułu: Jolanta Gromadzka-Anzelewicz

Grass w Gdańsku

Monday, June 26th, 2000

Rozmowa z Gűnterem Grassem

- Za kim pan tęskni i z kim chciałby pan się spotkać? – zapytaliśmy laureata nagrody Nobla, wielkiego gdańszczanina, Gűntera Grassa, tuż po przylocie pisarza wraz z małżonką na lotnisko w Gdańsku.

- Na pewno spotkam się z wieloma pisarzami z Gdańska. Ubolewam, że będzie to pierwsza wizyta, podczas której nie spotkam się z moim przyjacielem, nieodżałowanym Antonim Bolesławem Facem. Bardzo będzie mi go brakowało… Pragnę spotkać się tym razem z najbliższymi. Zakładam, że pojawi się część mojej kaszubskiej rodziny, która nota bene ciągle się powiększa.

- Delegacja Kaszubów czeka na Pana przy lotnisku z transparentami ,Wasto Grass witome u se”. A czy pamięta pan z dzieciństwa chociaż jedno zdanie po kaszubsku?

- W moim rodzinnym domu rozmawiało się w trzech językach. Mówiło się po polsku, po kaszubsku, ale przede wszystkim po niemiecku. Teraz byłoby mi bardzo ciężko coś powiedzieć…

- Jest pan w Gdańsku bardzo oczekiwany. Świadczy o tym choćby fakt, że do redakcji ,Dziennika Bałtyckiego” napłynęło wiele serdecznych, ciekawych ,listów otwartych” od czytelników pana książek. Wielu z nich interesuje, czy jako rodowity gdańszczanin zamierza pan zaangażować się w inicjatywy na rzecz miasta: kulturalne bądź gospodarcze?

- Wiele czasu spędziłem na rozmowach z moim wielkim przyjacielem Bolesławem Facem. Łączyły nas zarówno głębokie więzy osobiste jak i zainteresowanie liryką baroku. Jest to pewien trop, który chciałbym podjąć w kontaktach z innymi gdańskimi literatami. Chętnie zapoznam się z innymi propozycjami, pochodzącymi od czytelników.

- Czy podczas tej krótkiej, ale jakże intensywnej wizyty znajdzie pan czas na to, by pospacerować po Gdańsku?

- Mam wielką nadzieją, że znajdę na to chociaż kilkanaście minut. Myślę, że mi się to uda – na przykład w towarzystwie prezydenta miasta, Pawła Adamowicza.

- Malował pan portret miasta na kartach swych książek wielokrotnie. Pewien jego obraz nosi pan w sercu. Jak postrzega pan rodzinne miasto dzisiaj?

- Do Gdańska po raz pierwszy przyjechałem w 1958 roku. Wówczas zbierałem materiały o Poczcie Polskiej. Miasto było w połowie zniszczone. Dzisiaj wygląda zupełnie inaczej. Jest przede wszystkim miastem wspomnień. Zawsze będzie bliskie memu sercu. Tutaj się urodziłem, tutaj mieszka większa część mojej rodziny.

- Jak się pan czuje jako laureat literackiej nagrody Nobla?

- Czasami wydaje mi się, że już nie jestem pisarzem, poetą, grafikiem, że moim nowym zawodem jest po prostu bycie noblistą. Niełatwa jest także rola mojej żony podczas oficjalnych podróży, ale gdybyż to były jedyne zmartwienia w życiu!

- Dziękujemy za rozmowę, życzymy wspaniałych wrażeń w Gdańsku oraz wygospodarowania czasu na wizytę w redakcji,Dziennika Bałtyckiego”.
- I ja dziękuję za zaproszenie do Gdańska.

Autor artykułu: (ts, amt)

Dzikie pogotowie

Wednesday, June 14th, 2000

Karetki bez zezwoleń

W Gdyni jeżdzą karetki pogotowia bez wymaganych zezwoleń. Przewozem chorych zajmuje się prywatna firma, która zgodnie z wpisem w ewidencji może handlować artykułami spożywczymi i przemysłowymi.

- Karetki tej firmy nie spełniają warunków, które umożliwiłyby im przewożenie chorych – mówi Alina Zaborska, dyrektor Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Gdyni, która wystawia pozwolenia na przewóz chorych.

- Zdarzały się przypadki, kiedy po przewiezieniu pacjenta chorego na żółtaczkę do szpitala zakaźnego, bez dezynfekcji wnętrza auta, przewoziłem kobietę w ciąży – mówi kierowca jednej z karetek. – Pacjentów powinniśmy kłaść na czystym prześcieradle, a nie na brudnym kocu.
Karetki, zgodnie z przepisami, muszą być z zewnątrz myte codziennie, a w środku dezynfekowane jeszcze częściej.

- W naszej firmie żaden z tych warunków nie jest przestrzegany – twierdzą pracownicy.
Nie możemy narzekać
Mimo zapewnień właścicielki firmy, Teodory T. o poprawie sytuacji – karetki spóźniają się do pacjentów.

- Miesiąc temu wezwaliśmy karetkę z tej firmy do osoby z podejrzeniem zapalenia wyrostka – mówi Bogdan Torwoł, zastępca dyrektora Wojskowej Specjalistycznej Przychodni Lekarskiej w Gdyni. – Czekaliśmy na nią ponad półtorej godziny! W takich przypadkach ważna jest każda minuta. To nie był odosobniony przypadek.

Kilkudziesięciominutowe spóźnienie karetki było też przyczyną wypowiedzenia umowy na zabezpieczanie medyczne imprez organizowanych przez Gdyński Ośrodek Sportu i Rekreacji.
Samochody gdyńskiej firmy opatrzone są napisem ?pogotowie ratunkowe?, podobne napisy mają na służbowej odzieży pracownicy.

- Używanie tego zwrotu przez prywatną firmę jest niezgodne z przepisam – mówi Andrzej Kolejewski, dyrektor gdyńskiego pogotowia ratunkowego. – Ten napis jest zarezerwowany dla karetek udzielających pierwszej pomocy.

“Dziennik” skontaktował się z dyrektorami placówek zdrowia, które korzystają z usług spółki pani T.
- Nie możemy narzekać – usłyszeliśmy w przychodni lekarskiej Obłuże I przy ul. Unruga w Gdyni.
Andrzej Bartnicki, dyrektor Specjalistycznej Przychodni Lekarskiej w Gdyni, o tym, że firma nie ma odpowiednich uprawnień, dowiedział się od reporterów Dziennika.

- Korzystamy z jej usług, bo zaproponowała najniższe ceny – mówi dyrektor. – To zastanawiające, że taka firma może działać na rynku.

Dyrektor Bartnicki przyznał, że jest zadowolony z poziomu usług. – Może dlatego, że rzadko korzystamy z ich pomocy.

Teodora T., prezes Gdyńskiego Towarzystwa budownictwa Społecznego, jest podejrzana przez Prokuraturę Rejonową w Gdyni m.in. o zagarnięcie cudzego mienia i niegospodarność.

Autor artykułu: Maciej Cnota

Porachunki między gangsterami

Tuesday, June 13th, 2000

Z pola kempingowego we Władysławowie uprowadzono Sławomira M., uważanego za ?króla? gdyńskiego świata przestępczego.

Trzech zamaskowanych i uzbrojonych osobników wtargnęło na pole kempingowe. Sterroryzowali dozorcę. Po kilku sekundach dopadli przybywającego na terenie kempingu Sławomira M. Następnie wsadzili M. do samochodu i odjechali.

Jak dowiedzieliśmy się w Komendzie Powiatowej Policji w Pucku, która prowadzi dochodzenie w tej sprawie, sprawcy poruszali się samochodem Audi o ciemnym kolorze. Nie jest znany kierunek, w jakim odjechali porywcze. Nadkomisarz Krzysztof Woźniak – komendant puckiej KPP potwierdza, że zdarzenie to miało miejsce, nie chce jednak podawać szczegółów. – Toczy się intensywne śledztwo – wyjasnia swoją decyzję.

Według nieoficjalnych informacji, Sławomira M. uprowadzili członkowie jednej z gdańskich grup przestępczych. Niewykluczone, że była to próba odwetu za niedawny najazd gdyńskich gangsterów na klub ?Relax? na gdańskich Stogach. Przypomnijmy, że 1 czerwca pod ?Relax?, gdzie bawili się ludzie związani z Janem P., pseudonim Tygrys, domniemanym szefem jednego z gangów, podjechało kilkadziesiąt samochodów. W nich – osoby z gdyńskich i sopockich grup przestępczych. Wywiązała się strzelanina, byli ranni. Cała akcja miała na celu przestraszenie gdańskich gangsterów przed sezonem letnim, kiedy to w pubach i dyskotekach rozpoczyna się handel narkotykami na wielką skalę.

- Porwanie Sławomira M. wygląda na odwet – mówi policjant z Gdańska. – Wiadomo, że po zajściach na Stogach wydano kilka wyroków śmierci. Na liście ofiar są osoby z Gdańska i Gdyni.
Według policjantów, Sławomir M. od dawna jest przywódcą gdyńskich gangów. Jeszcze za życia Nikodema S., ps. ?Nikoś? próbowały one przejąć kontrolę nad całym Trójmiastem. Nasi informatorzy twierdzą, że dzisiaj ?gdyniacy? żądzą niepodzielnie. Sławomir M. jest zaś ?królem? tego środowiska. Sprawuje on pieczę nad kasynami gry i narkobiznesem. Mimo, że osiągnął bardzo wysoką pozycję w półświatku, nie jest zbyt widoczny. Bardziej znani są jego ?żołnierze?, chociażby bracia P.

- To porwanie wygląda na jakiś akt desperacji – mówi nasz informator. – Gdańsk jest już naprawdę bardzo słaby. Nie sądzę, aby gdyńskie grupy nawet na moment straciły kontrolę nad sytuacją.

Autor artykułu: (AT)

Leżał konserwator na dachu

Tuesday, June 13th, 2000

Prawie pół godziny spędził na dachu konserwator słupskiego Zespołu Szkół Mechanicznych, który podczas wykonywania robót na wysokości doznał urazu kręgosłupa.

Unieruchomionego mężczyżnę zdjęli z dachu strażacy. Dzięki interwencji ?Dziennika? sprawą zainteresowała się Państwowa Inspekcja Pracy.
40-letni mężczyzna wykonywał pracę na poddaszu sali gimnastycznej. Około godz. 14 poczuł silny ból pleców, nie było mowy o zejściu z dachu o własnych siłach. Pracownicy szkoły powiadomili straż pożarną. Nie mogła pomóc od razu.

- Dysponujemy tylko jednym samochodem z wyciąganą drabiną – tłumaczył st. bryg. Józef Lickiewicz, z-ca komendanta słupskiej straży pożarnej. – Zawsze musimy wyjeżdżać według kolejności zgłoszeń.
Unieruchomiony konserwator spędził na dachu około 30 minut, dopóki strażacy nie znieśli go z wprost do karetki pogotowia.
- Najprawdopodobniej musiał podnieść coś bardzo ciężkiego i wypadł mu dysk kręgosłupa – opowiadają strażacy.
Poszkodowany trafił na oddział chirurgii urazowej słupskiego szpitala. Jego stan określony jest jako dobry.

Wczoraj nie udało nam się skontaktować z dyrektorem Zespołu Szkół Mechanicznych.
- Dyrektor jest bardzo zajęty i nie może rozmawiać – usłyszeliśmy w sekretariacie. Pracownicy szkoły zaprzeczyli również, jakoby jakikolwiek wypadek miał miejsce.
Sprawą zainteresowała się Państwowa Inspekcja Pracy. Jej kontrolerzy dokładnie wyjaśnią okoliczności wypadku. Z naszych informacji wynika, że mężczyzna pracował na wysokości bez żadnych zabezpieczeń.

Wojciech Pawlukojć,
Państwowa Inspekcja Pracy
- Każdy pracownik musi przejść specjalistyczne badania i to przed przystąpieniem do pracy. Lekarz musi stwierdzić, czy są jakiekolwiek przeciwskazania do wykonywania zawodu. Po za tym pracodowca ma obowiązek zorganizować szkolenie z zakresu bezpieczeństwa i przepisów BHP.
W przypadku pracy na wyskościach wymagane są dodatkowe zabezpieczenia. Mogą to być rusztowania albo np. szelki.
Dzięki waszej informacji dokładnie przyjrzymy się temu wypadkowi.

Autor artykułu: Jacek Cegła

Gdańsk. GPECNowy prezes

Tuesday, June 6th, 2000

Nowym, tymczasowym prezesem Gdańskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej został Jarosław Miesikowski. Zgromadzenie Wspólników przyjęło rezygnację Bolesława Formeli, poprzedniego prezesa.Udziałowcy zdecydowali, że do 10 lipca wyłoniony zostanie nowy prezes GPEC, a do tego czasu jego obowiązki przejmie obecny dyrektor techniczny, Jarosław Miesikowski.
Bolesław Formela zrezygnował ze stanowiska po serii publikacji prasowych, w których zarzucono mu niegospodarność i działanie na szkodę firmy. Prezes Formela poprosił rownież o zmniejszenie swojej odprawy do wysokości cztero i pół miesięcznej średniej pensji. Obecnie na terenie GPEC, na wniosek Komisji Zakładowej Solidarności działa prokurator, a Rada Nadzorcza GPEC poszukuje możliwości zminimalizowania strat powstałych w wyniku podpisania umowy z firmą SeCesPol.

Autor artykułu: (pB)

Mieszkaniec Rumi odnalazł się

Tuesday, June 6th, 2000

Piotr Polkowski z Rumi, który w tajemniczych okolicznościach zaginął 28 kwietni,a w równie tajemniczy sposób odnalazł się wczoraj nad ranem. Jest wyczerpany psychicznie i fizycznie. Nie pamięta gdzie był i co robił przez pięć tygodni.
21-letni rumianin wyszedł 28 kwietnia po południu z zakładu pracy przy ul. Hutniczej we Gdyni. Kiedy nie powrócił do domu, zaniepokojona rodzina powiadomiła policję.
Okazało się, że Piotr w dniu zaginięcia nie dotarł też do miejsc, w których miał się spotkać ze znajomymi. Rozpoczęły się zakrojone na szeroką skalę poszukiwania.
W niedzielę 4 czerwca siostra Piotra odebrała telefon i, ku zaskoczeniu, w słuchawce usłyszała głos brata. Powiedział on jedynie, że jest w Warszawie, ale w ciągu najbliższych godzin wraca do domu.
Wczoraj o czwartej nad ranem Piotr Polkowski powrócił do domu w Rumi.
- Piotr jest w bardzo słabej kondycji psychicznej i fizycznej, wyglądał na bardzo wygłodzonego. Nie pamięta zupełnie nic od dnia zaginięcia do minionej niedzieli, kiedy to, jak twierdzi, ocknął się na ławce w jednym z warszawskich parków. Jednak najważniejsze że Piotr żyje i jest już w domu – mówi Mariusz Polkowski, brat odnalezionego rumianina.
Poszukiwany od ponad pięciu tygodni rumianin nie potrafił wyjaśnić rodzinie przyczyn swojego zniknięcia. Pamięta jedynie, że jechał kolejką SKM w ,przedziale służbowym” do Gdańska, kiedy w pewnym momencie ,urwała mu się świadomość”.

Autor artykułu: Andrzej Gojke

Gdynia. Baltops 2000Manewry na Bałtyku

Tuesday, June 6th, 2000

49 okrętów jedenastu bander rozpoczyna dziś morską część operacji Baltops 2000.
W skład czterech międzynarodowych grup taktycznych, podzielonych na 9 zespołów, wejdzie osiem jednostek polskiej Marynarki Wojennej. ORP Kaszub, Bałtyk, Górnik, Rolnik, Mewa, Gopło i Śniardwy będą działać w ramach sił głównych, grupy okrętów rakietowych, sił zwalczania okrętów podwodnych, sił trałowo minowych oraz zabezpieczenia. Dowódcą jednego z zespołów będzie Polak, kmdr por. Andrzej Karweta, na codzień dowódca 13 Dywizjonu Trałowców z Helu. Polscy marynarze przeprowadzą strzelania artyleryjskie, poszukiwanie i niszczenie min, trałowanie oraz zadania wymuszania embarga podczas akcji pokojowych. W ćwiczenia włączą się także polskie śmigłowce i samoloty z dywizjonów lotniczych Marynarki Wojennej w Babich Dołach, Cewicach i Darłowie.

Apla:
Baltops, to największe międzynarodowe ćwiczenia morskie państw, głównie z regionu Morza Bałtyckiego. Organizowane są już po raz 28, Polska w pełnym wymiarze bierze w nich udział po raz ósmy. W Baltops 2000 zaangażowały się Szwecja, Dania, Polska, Łotwa, Finlandia, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Estonia, Litwa i USA. Morska część tegorocznych ćwiczeń zakończy się 16 czerwca w Kilonii.

Autor artykułu: Arkadiusz Bilecki